sobota, 16 marca 2013

[10]



"09:20
 14.03.13
 sala 25

Siedzę na geografii i umieram wewnętrznie. Czuję się, jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł. Czuję się, jakbym mogła zniknąć teraz i natychmiast, a i tak nikt by tego nie zauważył. Czuję się źle, o.
Ludzi udaje mi się oszukiwać prawie znakomicie (jedynie Marta się czegoś domyśla). Siedzą w ławkach dookoła mnie i wiedzą tyle, co nic, bo smutek przykrywam co rano makijażem i uśmiechem. [...]
Żółte słupki wykresu w podręczniku. Czerwona koszulka Mikołaja, siedzącego w pierwszej ławce. Fioletowe kartki na klasowej gazetce. Niebieski samochód na parkingu.
Bycie kolorem musi być czymś wspaniałym. Być czymś odrębnym, indywidualnym, jedynym. Kolory z pewnością nie mają między sobą problemów [...]"


Siedząc tu i czekając na jakiś cud
Patrząc, jak ucieka cały twój trud
Topi brud moich uczuć, spróbuj to poczuć,
Nie mając nic, używając swych oczu.
Płacz, tego tak naprawdę ci brak.
Jestem tu, czekam i daję ci ten znak.
Patrz, to jest jak powolne umieranie. [...]
I widzę nas tam. Niejedna gwiazda
szukała tam swojego miejsca i zgasła.
Tu każdy żyje by żyć, ale o sobie 
już nie wiemy prawie w ogóle nic.
Kolejny mit, puste słowo i krzyk, zamknięte okno,
na końcu i na początku jest samotność.



nie będę opowiadać ludziom
o swoich problemach. zbyt wiele
razy się na tym przejechałam, bo idioci
uważają najwidoczniej, że mam wszystko
i jeszcze narzekam. niech spadają.
jest źle.

zdjęcie z czasów, gdy pan M. przyjeżdżał
niemal codziennie do babci. która wtedy,
nawiasem mówiąc, żyła.

piątek, 8 marca 2013

[9]

telefony nocą i otwarte okno,


przemarznięte plecy.
szklanka wody z Tobą.

Było ciemno i chłodno. Tylko po szklanym, kruchym suficie w sklepieniu mojego czoła przemykały od czasu do czasu rozświetlone delikatnym, zielonym światłem destrukcyjne myśli z gatunku tych nieprzyjemnych. Leżałam bez słowa, z pociętymi, czerwonymi od wyrzutów sumienia policzkami, z bladymi ze strachu dłońmi. Papierosowy dym, regularnie wydmuchiwany z gorszych ust, otaczał mnie zewsząd, zatruwał serce. Nieruchomo, jak kukła, szukałam możliwości ucieczki, bez możliwości zgięcia chociażby małego palca u ręki - przebiegałam miliony kilometrów, widziałam martwe ogrody, widziałam śmierć w iście szekspirowskim stylu, widziałam tysiące niepewnych, kruchych istnień, schowanych we własnych oddechach...Pomieszczenie było ogromne, a ja nadal czułam się ograniczana. Czasem z oddali zaśpiewało parę martwych już od stuleci wilków. Wróg był blisko, zbyt blisko. Siedział na obciągniętym czarną skórą biurowym fotelu i śmiał się do łez. Wcale tego nie chciałam. Może był najgorszym z najgorszych, ale jego oczy były smutne. Próbowałam pomóc swojemu prześladowcy, ulżyć mu...o czym ja myślałam? W otępieniu podawałam rękę drugiej, złej stronie. Odgryzł mi palce, każdy po kolei. 
Co mogłam więc zrobić? Leżałam dalej, pozwalając, by zatruwał mi duszę i mózg.

Przecież one od dawna 
i tak były 
                                                                       jego
                                                                       własnością



Lednicowe zdjęcie z Grzałkiem, bo wiem, że czasem tu zaglądasz.
Zdrowieję, myśl o nadrabianiu całego tygodnia szkolnego mnie powala,
ale dam radę, w końcu nie takie rzeczy już się robiło, czyż nie?
Byle do maja;*