poniedziałek, 5 sierpnia 2013

[23]












Kiedy człowiek dotyka całym sobą, całą swoją młodością czegoś zupełnie odrębnego, innego od swojej codzienności, w metropoliach i w świecie nazywanej pozersko day-by-day - może całkowicie stracić głowę. Albo czerpać z tego niczym nieskażoną radość, zachłysnąć się beztroską. Zapomnieć o tym, że żyje się tam, gdzieś, z kimś, że nie wszystko jest w porządku. Oderwać się, nie tylko ciałem, ale i duszą - co wcale nie oznacza zostawienia rozumu gdzieś z tyłu.
Wróciłam z Rzymu - wielkiego miasta pełnego kościołów, zgiełku i ulicznych, natrętnych sprzedawców biżuterii.
Trudno powiedzieć, co bardziej mnie oślepiło...uderzyło? - czy rzymskie słońce, czy ludzie, odpowiadający na życzliwy uśmiech na ulicy, czy włoska architektura, w której się zakochałam...Mnóstwo czynników czyniących ten wyjazd wyjątkowym przyczyniło się do szalonej, rzymskiej mieszanki, która uderzyła mi do głowy. Poczułam, że cała jestem niekontrolowaną, prawdziwą wolnością, młodością, miłością. Na tym wyjeździe dotknęłam potęgi egzystencji. Na pięknych adoracjach, z wątpliwościami w sercu siedziałam w ławce i mówiłam: "no i co, Boże? Ten wyjazd miał być dla mnie, dla nas wszystkich jednym wielkim wyznaniem wiary, a właśnie teraz przestałam Cię czuć, co się dzieje?!". Ale podczas tej jednej, wyjątkowej adoracji, gdy siedziałam w pierwszej drewnianej ławce, przed ołtarzem, tuż obok sędziwej, siwej, drobniutkiej zakonnicy, doświadczyłam czegoś dziwnego. Patrząc kątem oka na jej kruche, słabe ciało, zaczęłam zastanawiać się, jak może ono nosić w sobie tak wielkie zaufanie Bogu, tak mocne powołanie.
Wszystkie refleksje zgromadziły się w jeden kołtun i zmieniły w szloch...Wszystkie incydenty towarzyszące rozwinięciu wiary są ważne i niezapomniane (chociażby mój psychiczny wstrząs po komunii w Bazylice św. Piotra). Odnalazłam siebie.

Na wsi rozwinęłam w sobie pracowitość i chęć do pomocy.Nauczyłam się podstawowo jeździć traktorem, pomagałam przy pracy na plantacji tytoniu, dostałam przepis na wspaniałe wschodniopolskie pierogi, które pomagałam lepić ręcznie (PANI TERESO, STUKROTNE DZIĘKI!). Przekonałam się, że można bezgranicznie zakochać się w chorym dziecku i rozmawiać z nim jego językiem, bez koniecznej znajomości tego języka właśnie. Odkryłam urok małych, codziennych przyjemności razem; czuję, że niedługo będzie mi brakować wieczornych wypadów skuterem, szybkich, ale późnych zakupów w spożywczaku, spacerów za rękę, siedzenia i gadania na strzelnicy lub na ławce pod trzepakiem...Szczęście
Wyzbyłam się egoizmu!

...a Żdżary nie przebiły co prawda zeszłorocznych, ale nabyte cechy i zalety umocniły...chyba!:)

5 komentarzy:

  1. Według mnie nie ma czegoś takiego jak uniwersalny model szczęścia, jaki kreuje współczesne społeczeństwo. Wcale nie musisz być ładny, bogaty i pięć razy dziennie jeść warzywa lub owoce, by móc się niewymuszanie uśmiechać. Ważne jest, by znaleźć swój sposób, a jak widzę Ty taki znalazłaś - wielkie wyrazy podziwu ;)
    Ponadto nie wstydzisz się Swojej wiary, co obecnie, szczególnie w środowisku młodzieży, jest zdecydowanie zanikającym zjawiskiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wieś to dobra sprawa. Fajniusia jesteś :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Chciałabym pojechać do Włoch, zarówno do Rzymu, ale przede wszystkim do Wenecji ! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No co Ty ?! Ja w związku na odległość ? Mieszkam w Holandii i chłopaka mam holendra :D Tylko teraz kończył szkołę i miał maaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaase nauki a po wakacjach wyjeżdża na studia :D

    OdpowiedzUsuń

Bez promowania i wymuszania na mnie obserwacji.
Żadnych "liczę na to samo"!